Trauma ciągle żywa
Sobota 6-ego czerwca zapadnie na długo w pamięci moim gościniom ze Szczecina. Otóż w nasze strony zawitały dwie przeurocze panie. Jola Panasiuk i jej serdeczna koleżanka Bożena Opiela. Obie z korzeniami rodzinnymi sięgającymi naszych terenów. Dla Bożeny miejsce sentymentalne to Pruchnik. Tam urodził się jej ojciec, w młodości często odwiedzała Jarosław i okolice. Z kolei Jola Panasiuk związana więzami rodzinnymi z rodziną Bednarzy - tych od Tomasza i Jana. Jan , syn Tomasza ożenił się z miłkowianką Marią Maśnik. Owocem tego związku były dwie córeczki Hania i Hela. Tomasz i Jan jesienią 1940 roku za słowa o wywózce w tak trudnym okresie zimową porą i pozostawieniu dorobku życia na zmarnowanie natychmiast wylądowali w lwowskim więzieniu. Deportacja dotknęła Marię z córeczkami razem z pozostałą rodziną Tomasza. Po wojnie, Maria wylądowała w Przęsocinie miedzy Policami i Szczecinem. Po jakimś czasie ponownie wyszła za mąż za Jana Bursztykę. Z tej odnogi rodziny Bednarzy wywodzi się Jola Panasiuk. Tak zrządził los. Z dzieci Tomasza Bednarza na Besarabii przebywał jedynie jego syn Michał. Córka Katarzyna była już wówczas żoną Jakuba Stochmala i w tym czasie przebywała z mężem i córeczką Ludwiką w Narolu. Z kolei Franciszka - druga córka Tomasza została żoną Feliksa Webera z Oleszyc. Jej również nie dotknęła deportacja. To właśnie Michał przejął obowiązki głowy rodziny Bednarzy w czasie pobytu w Besarabii. Żonaty z Kazimierą z Ozimków. Już jako małżeństwo wędrowali zimą 1941 roku hen na wschód. Ich najstarszy syn Stanisław urodził się w kwietniu 1941 roku już w Animosie / Anówce /. Tam też na świat przyszła córka Ludwika - po mężu Obszańska. Już w Starym Dzikowie urodziły się trzy następne córki Marysia / Brzyska /, Hela, nie zmieniała nazwiska bo wyszła również za Bednarza i najmłodsza Katarzyna / Walat /. Właśnie z panią Kasią rozmawiałem o przyjeździe Joli do Miłkowa. W sumie kontakty powoli zamierały w sytuacji kiedy nie żyły już Hania i Hela. Na taką wieść pani Kasia z entuzjazmem zaprosiła Jolę do krótkich odwiedzin w jej dzikowskim domu. Jola również z radością odniosła się do tej prośby. Po miłkowskiej wędrówce wczesnym popołudniem zawitaliśmy do Dzikowa. O pobycie w Miłkowie napiszę w następnym poście. Po przybyciu czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka. Jako, że w w tym czasie odbywało się wesele w rodzinie Bednarzy / tych z odnogi Brzyskich / to z Gdańska na tę okoliczność przybył najstarszy z dzieci Michała Stanisław wraz z synem Markiem. Spotkanie już wkrótce przerodziło się w ożywioną dyskusję opartą o wspomnienia członków szerokiej rodziny. Sporo wiem o rodzinie Bednarzy, jednak dalsze pokrewieństwo było mi obce, dlatego słuchałem tego z zaciekawieniem. Przyznam szczerze , że już wcześniej prosiłem panią Kasię o możliwość spotkania z panem Stanisławem. Byłem pewny, że zechce nam opwiedzieć o pewnych szczegółach swego życia związanych szczególnie z pobytem w Besarabii i pierwszych latach pobytu w Dzikowie. Dopiero podczas rozmowy ze świadkiem tych wydarzeń zrozumieliśmy jak wielka trauma ich dotknęła i jak głęboką krwawiącą do dziś ranę wyryła w ich sercach i umysłach. Mama pana Stanisława była w wysoko zaawansowanej ciąży w czasie deportacji. Sama świadomość, że jedzie w nieznane i tam przyjdzie na świat jej pierworodne dziecko wywoływało u niej potworny stres , który poniekąd przeszedł na potomka. Niektóre wspomnienia pana Stanisława wywoływały u niego potok mocnych łez. Łzy u mężczyzny to rzadkość, jednak w tym wypadku to normalne, to przejaw głębokich wrażliwych uczuć za czymś co mogło być piękne a zostało jedynie gruzowiskiem emocji. Z opowiadań ojca Michała wyłaniał się taki oto widok domostwa Tomasza Bednarza. Tomasz wraz ze swym bratem Andrzejem przebywali przez długi czas w USA. Ciężko pracowali i tam się dorobili. Tomasz, po powrocie dokupił ziemi, lasu i wybudował całkowicie nowe budynki. Wszystko było wykonane z pięknych bali łączonych drewnianymi kołkami na wzór chałup góralskich. Pokryte blachą obejścia prezentowały się wspaniale. W tym momencie oczy pana Stanisława po raz pierwszy się zaszkliły. Emocje wzięły górę. Wszystko poszło na zatracenie a Sowieci doszczetnie dorobek życia rozgrabili i wywieźli. W pamięci naszego rozmówcy pojawiło się wspomnienie związane z widokiem wsi Anówka / Animosa /. Była to kolonia niemiecka, do której zostali przywiezieni Miłkowianie. Domy z klinkierowej cegły, z bezpośrednim wejściem do obory. Z tyłu znajdowały się stodoły. Dół domu to izby mieszkalne a góra przeznaczona na ziarno. Oczywiście nie we wszystkich domach tak było. W niektórych dodatkowo były głębokie piwnice służące do przechowywania wina. W pamięci pana Stanisława utkwiła wielkość beczek. To ponad 300-litrowe drewniane dębowe beki. Wiadomo, że te tereny to obszar upraw kukurydzy, pszenicy i arbuzów. Nic więc dziwnego, że produkcja wina to jedno z najważniejszych zajęć ludności zamieszkujacej te tereny. Opowieść pana Stanisława była znacznie dłuższa, dlatego pozwolę sobie o tym napisać następnym razem.
Fotografie i skany
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć. Przycisk 1:1 pokazuje pełny rozmiar.
