Artykuł · Miłkowskie historie

Tylko koni żal, a może jednak nie?

Fragment zdania pytającego znajdzie odpowiedź pod sam koniec posta. Obraz dzisiejszej zimy starszemu pokoleniu przypomina czasy te bardziej odległe. Jeżdżące obecnie pługi odśnieżające główne drogi, to normalność. Młodsze pokolenie niech spróbuje uruchomić swą wyobraźnię, by zobaczyć jej oczyma czasy tuż po zakończeniu wojny. Zimy były srogie, można by rzec, że nawet bardzo srogie, obfitujące w olbrzymie ilości śniegu, potężne zaspy i mocne mrozy. Czy Wasza wyobraźnia widzi np. taką wieś jak Miłków, położoną w lasach, w oddali od głównych dróg, w dodatku w terenie pagórkowatym, niemal odciętą od świata. To obraz prawdziwy, ale jednocześnie fałszywy. Przed wojną ludzie wykonywali sporo leśnych prac siłą koni a także swych ramion. Podobnie było w Miłkowie. Kolejki wąskotorowe nie wystarczały do przewozu surowca do coraz wydajniejszych tartaków. Niezbędni wówczas byli ludzie posiadający własne konie. Wiemy jak polska gospodarka wyglądała po zakończeniu wojny. Powstawała z ruin, nic więc dziwnego, że potrzebowała sporo drewna do zaspokajania potrzeb jej mieszkańców. Jak twierdzą leśnicy, najlepsze drewno pochodzi z zimowego wyrębu. Nadleśnictwa dopiero budowały powojenne struktury, nie dysponowały wówczas ani transportem, ani zmechanizowanym sprzętem do jego pozyskiwania. Drwale z piłami i siekierami ścinali drzewa, natomiast transport w głównej mierze opierał się na indywidualnych przewoźnikach. Ciągle przed oczyma mam sznur sunących sań wiozących długie i grube kloce do tartaku w Oleszycach. Zaprzęgi jednokonne i dwukonne jak pełzający wąż poruszały się po zaśnieżonych drogach, ale równych bo wydeptanych końskimi kopytami i płozami sań. Szczęśliwe dzieciaki posiadające jako takie łyżwy doczepiały się do końcówki kloca i w ten sposób przejeżdżały spore dystanse. Powożący zachowywali się. różnie. Jedni patrzyli na to łaskawym okiem, inni wymachiwali batem i czasem poczęstowali sążnistym przekleństwem. Jak w życiu. Nie była to łatwa praca. Wozacy wyjeżdżali skoro świt, już od samiusieńkiego rana słychać było dzwonki przymocowane do uprzęży, które sygnalizowały wyjazd do lasu. Załadować na sanie taki kloc w lesie , często ośnieżony wcale nie było łatwo. Nie wiem czy użyję właściwego określenia. Załadunek ułatwiało urządzenie, które windowało kloc do góry. Po podniesieniu kilku centymetrów wkładało się bolec w wywiercony otwór podnośnika i zaś od początku aż do wysokości sań gdzie kloc został ułożony. By załadować ten ciężar na przód i tył sani, trzeba było się sporo napocić. Być może nazywano to urządzenie ladą. Potem wyjazd leśnymi dróżkami do głównej drogi i w efekcie do tartaku. Np. droga od Miłkowa w stronę Starego Sioła była mocno wyboista. Jednak ubity śnieg wyrównał jej nierówności i transport nie był tak uciążliwy jak szczególnie wiosną i jesienią. Bywało i tak, że wozak świtem wyjeżdżał i o zmroku wracał. Jakby nie mówić była to bardzo ciężka praca. Dopiero kilka lat później pojawiły się piły mechaniczne i samochody przewożące drewno. Konie powoli szły w odstawkę. Dzisiejsza praca w lesie to już zupełnie inna rzecz. Harwestery, te wielofunkcyjne maszyny, potrafiące ściąć drzewo, obciąć gałęzie, pociąć na wymagane długości wywieźć je do leśnej drogi. Tam już jeden kierowca z ładowarką załaduje ładunek na samochód i wywozi we wskazane miejsce. No cóż postęp.

Zapewne, żyją jeszcze ludzie pamiętający park konny w leśnictwie Zabiała. To leśniczówka leżąca blisko Miłkowa. W tym miejscu stała stajnia z końmi pracującymi w lesie. Ilekroć przejeżdżam koło tej leśniczówki to nachodzą mnie sentymentalne wspomnienia. W czasach wzmożonych prac leśnych w latach sześćdziesiątych w stajni przebywało około 30 koni. Każdy wozak miał swój zaprzęg. Odpowiadał za konie, ich pracę przy różnych czynnościach. W kuźni o podkuwanie koni dbał niezapomniany Marian Bednarz / Manio /. On też wykonywał sporo napraw wozów i sprzętu wykorzystywanego do leśnych prac. Do tego zatrudniano rymarza, dbającego o stan uprzęży, która w wyniku ciężkiej pracy wymagała ciągłej naprawy. Przykro mi ale nazwisko tego pana wyleciało mi z pamięci. Kilkanaście razy w tej stajni dane było mi przebywać. Konie reagowały pozytywnie na człowieka, jakby wiedziały , ze dobra współpraca miedzy nimi a człowiekiem to warunek lepszego traktowania. Najczęściej wozacy dbali o swoje zaprzęgi i nie nadużywali bata do pracy, a ta nie była lekka. Byli jednak i tacy, którzy dosłownie wykańczali konie nie czując do nich przyjaźni. Na szczęście było ich niewielu. Ta leśniczówka rozbrzmiewała gwarem, rżeniem koni od rana do wieczora niezależnie od pory roku. Ten czas już się skończył. Mechanizacja i automatyzacja wyparły je. Smutno mi Boże, dla koni to jednak zdecydowanie lepsza sytuacja.

Mimo ,że dzisiaj postęp zdecydowanie ułatwia prace w lesie, to dla mnie las bez koni jest taki bardziej pusty, może smutniejszy. Pracujące konie dodawały mu uroku, czyniły go bardziej harmonijnym na linii przyroda człowiek. No ale cóż, tak musi być. Tylko koni żal. Jeszcze trochę, a koń dla niektórych ludzi będzie stworzeniem abstrakcyjnym. Kochajmy konie, póki jeszcze są wśród nas, a że ciężko już nie pracują to bardzo dobrze.

Fotografie i skany

Kliknij zdjęcie, aby powiększyć. Przycisk 1:1 pokazuje pełny rozmiar.

Tylko koni żal, a może jednak nie? — fotografia 1
Tylko koni żal, a może jednak nie? — fotografia 1

Autor: Jan Cieplicki.

Źródło: materiały przekazane do archiwum strony.

← Wszystkie artykuły i posty
Dopasuj Otwórz oryginał ↗