WSPOMNIENIA KS. JÓZEFA MROCZKOWSKIEGO*
opublikowane w " Jarosławskim Kwartalniku Armii
Krajowej" nr 17,
Jarosław 1995
Okres od 1939 do 1947 roku
(...) Oprócz kościoła
parafialnego w miejscu (Oleszycach), była jeszcze do obsłużenia
mała drewniana kaplica w Miłkowie. Praca duszpasterska w kościele
nie napotykała bezpośrednio na większe przeszkody. Jakkolwiek
zawsze z lękiem i obawą - odbywały się regularnie nabożeństwa,
głosiło się słowo Boże, udzielało sakramentów św., oraz
nauki katechizmu. Frekwencja wiernych była większa niż w
czasie pokoju. Był to dosłownie skrawek ziemi gdzie propaganda
bolszewicka nie mogła się wcisnąć. Tu lud szukał spokoju, tu
w bólu czerpał moc i ukojenie. Tylko tu pozostały polskie
znaki narodowe. Wyjazd do kaplicy w Miłkowie odbywał się
niemal każdej niedzieli, choć kierunek jazdy biegł przez
granicę i trzeba było często poddawać się dokuczliwemu
sprawdzaniu dokumentów. Kilkakrotnie granicznicy zawrócili
furmankę jadącą po księdza, motywując, że ludziom "nie
nada popa", ale na ogół udawało się ich przekonać.
Z powodu wysiedlenia wsi przygranicznej - Miłków straszny los
napotkał cerkiew w Miłkowie oraz naszą drewnianą kapliczkę.
Miejscowy proboszcz grecki, ks. Płachta zaskoczony został
wysiedleniem tak, że z opieczętowanej cerkwi nie zdążył
prawie nic uratować. Bezbożne ręce oprawców zamieniły wyposażenia
wnętrza w stos zniszczonych przedmiotów kultu i śmietnik.
Z naszej kapliczki udało się uratować prawie wszystko; jednak
sam budynek ucierpiał więcej - jako drewniany - niż cerkiew.
Krzyż z kaplicy zdarto i złamano, ołtarze splugawiono, zdjęto
blachę z całego dachu i jako cenny materiał - zrabowano,
zerwano podłogę. Pozostałe figury i obrazy pokłuto bagnetami
i oszpecono. Jednej z drewnianych figur z ołtarza bolszewicy odrąbali
głowę, drugiej oszpecili twarz i włożyli na głowę starą
sowiecką czapkę. Postawiona na rozstajnych drogach figura św.
Archanioła trzymała w ręce kartkę z napisem rosyjskim: "przepędziłem
kapitalistów i burżujów, a teraz sam wracam do nieba".
Kolumny z rzeźbionymi głowicami i ogrodzenie od figur zostały
umyślnie użyte do budowy psiej budy na zastawie granicznej w
Hucie Miłkowskiej (...)
WYSIEDLENIE
(...) W styczniu
1941 r. wśród ciężkiej zimy i zamieci śnieżnych przyszedł
rozkaz pakowania swego mienia i wyjazdu do Besarabii.
Rozpoczął się straszny - jakby pogrzebowy pochód tych ludzi,
a przeżycia z nim związane trudno jest opisać. Biedne, głodne
i zziębnięte, źle odziane dzieci z nóżkami owiniętymi
sianem wieziono obok leżących chorych i starców. Pewna kobieta
- w 2 dni po połogu - szła z Miłkowa piechotą wraz z innymi;
sekretarz gminy przyprowadził ją do plebańskiej kuchni, aby ją
ciepłą strawą wzmocnić do dalszej drogi. Były wypadki nagłych,
ciężkich zachorowań i omdleń (Wawrejko). Około 2 tysiące
podwód brało udział w przewożeniu ludzi i ich mienia. Trzy
dni trwało przewiezienie całej wsi z Miłkowa do stacji
kolejowej w Oleszycach. Ludzi ładowano do zimnych, brudnych,
bydlęcych wagonów. Miejscowi księża byli przy pierwszym
transporcie na stacji; żegnali z bólem przeznaczonych na wywóz
parafian - obejrzeli dokładnie okropne warunki podróży.
Mróz był trzaskający, zwały śniegu głębokie; sanie stłoczone
na jednej wjazdowej ulicy - prowadzącej na dworzec - tworzyły
nocą ciemny kształt (jakby ogromnego węża), poruszającego się
leniwie, z powodu trudnego podejścia do załadunku. Sanie stały
godzinami na ulicy, głodne konie rozszarpywały paszę, a ludzie
- kradli, co się kraść dało ! Sami boleszewicy apelowali do
honoru i miłosierdzia.
Okrężną drogą - aż przez Stare Sioło - wieziono zmarznięte krowy, ale i tak nie ominięto zasp śnieżnych. Dla rozgrzania bydła palono na drodze ogniska. Łuny ognia na tle nocy i ciemne, umęczone postaci wędrowców przydawały wyprawie beznadziejności i tragizmu.
Złorzeczenia i przekleństwa, jęk kobiet, płacz dzieci, rżenie koni, ryk bydła - mieszały się razem w jedną bolesną skargę, której się nie da wyrazić słowami. Jak tylko "oczyszczono" z życia graniczną wieś Miłków - to na jej teren z worami pojechali Żydzi i zagrabili resztę tego, co jeszcze zostało Domy w większości rozebrano i zniszczono. Tam, gdzie niedawno kipiało życie - pozostała pustka i niema martwota. Rzewnie wyły bezdomne psy, opłakując smutny los swoich żywicieli. (...)
* Ks. Józef
Tadeusz Mroczkowski - urodził się w 1910 roku w Młyniskach k. Trembowli,
w rodzinie chłopskiej. Maturę zdał w 1932 roku w gimnazjum
humanistycznym w Trembowli, następnie odbył służbę wojskową.
W latach 1932-1937 studiował teologię. W 1937 roku przyjął święcenia
kapłańskie. Od maja 1939 był związany z parafią Narodzenia
Najświętszej Maryi Panny w Oleszycach, początkowo jako
wikariusz i katecheta. Pod okupacją radziecką prowadził nabożeństwa
i katechezy we wsi Miłków. Po opuszczeniu Oleszyc 28
kwietnia 1944 roku zamieszkał w klasztorze oo. dominikanów w
Jarosławiu. 8 sierpnia 1944 roku powrócił do Oleszyc. W lutym
1947 roku został mianowany proboszczem. Prowadził gospodarstwo
rolne i pasiekę. Organizował spotkania i zajęcia dla dzieci i
młodzieży. Chętnie grywał na organach, polował i jeździł
motocyklem. Zmarł 16 sierpnia 1968 r.
(Życiorys został wybrany z książki: KARTA 22, 1997)
POWRÓT